szkola » wspomnienia

Wspomnienia Ryszarda Budkiewicza


(powrót do spisu)

Ryszard Budkiewicz: rocznik 1930. Do Szczytna przyjechał z Łucka na Wołyniu w czerwcu 1945 r. Matura - Liceum Ogólnokształcące dla Pracujących w 1951 r. Studia – rusycystyka na UŁ i UW - nieukończone. Od 1954 praca w redakcji "Głosu Olsztyńskiego" i redagowanie "Gazety Mazurskiej" w Szczytnie. Z powodu pewnego incydentu, którego, jak pisze, był sprawcą, stracił pracę w "Głosie Olsztyńskim" a "Gazeta Mazurska" przestała się ukazywać. Za sprawą przyjaciela, Jana Sadowskiego, trafił do organu kontrolnego Ministerstwa Rolnictwa (nazwy się zmieniały), gdzie przepracował, osiągając znaczne sukcesy, potwierdzone m.in. Krzyżem Kawalerskim OOP, do 1998 r., czyli do emerytury.


Skok w dorosłość - reminiscencje


O tym kroniki milczą, ale w roku szkolnym 1949/50 w Szkole Ogólnokształcącej Stopnia Licealnego w Szczytnie doszło do rozłamu. Secesjoniści, w liczbie około 10 osób, opuścili liceum dzienne i przeszli do Liceum Ogólnokształcącego dla Pracujących.

Sprawa była głośna, bo istniała rywalizacja między dyrektorami obu szkół, które nb. były pod jednym dachem przy ul. Kasprowicza. Liceum Ogólnokształcącemu przewodził Michał Leśniewski, wieczorówce Jerzy Korkozowicz. Osobowości silne i nieporównywalne. Leśniewski - postać posągowa, oschła, raczej niedostępna. Korkozowicz - bezpośredni, na luzie, serdeczny. Wiedzą, erudycją imponowali obaj.

Co więc sprawiło, że grupa młodych ludzi postanowiła jednym ruchem zmienić swój status? Znacie to porzekadło: jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Oczywiście chodziło o pieniądze, ale nie w dzisiejszym rozumieniu tego słowa, czyli o transfer i ile, i kto komu. W tamtym czasie to znaczyło wejście w dorosłość w sensie cywilnoprawnym, czyli o możliwość podjęcia pracy i zdobycie własnego grosza.

I tak, z dnia na dzień, z, owszem, przerośniętych, ale dzieciaków trzymanych dotąd twardą ręką dyr. Leśniewskiego, staliśmy się ludźmi dorosłymi, a w dodatku niezależnymi finansowo. Teraz zamiast "daj ściągnąć", słyszeliśmy: - "postaw". Uwaga: musicie Państwo pamiętać, że to były czasy, kiedy ludzie wracali do szkół z cztero-, pięcioletnią przerwą. A np. por. Edward Raczyński przychodził na zajęcia w wojskowym mundurze: buty z cholewami, ostrogi, bryczesy, wojskowa kurtka, akselbant, koalicyjka i oczywiście rogatywka. Nawiasem mówiąc, swoim wejściem, a zwykł się spóźniać (my wiedzieliśmy, że robi to celowo) i meldunkiem obezwładniał nie tylko nasze koleżanki, ale i nauczycieli.

Zresztą ubiory to temat sam w sobie. Największą furorę wśród panów robiły, już na wydarciu, angielskie battledressy. Ale też w tym czasie zaczęły napływać dary ze Stanów Zjednoczonych (UNRRA) i Szwecji. O ile Ameryka sypnęła pstrokacizną, o tyle Szwecja nas umundurowała. To były zupełnie nowe wojskowe kurtki i spodnie. Także bielizna.

Wspólnie z PCK to właśnie Szwedzi , na terenie szkoły nr 1, uruchomili kuchnię, dzięki której do dziś z wdzięcznością wspominamy różnego rodzaju pyszne zupy i zawiesiste kakao z białymi jak śnieg bułkami.

Wracając do skoku w dorosłość: więc szkoła, ale i praca. Z tą nie było problemu. Zatrudnienie dawały urzędy, handel, kolej. Dużym pracodawcą była roszarnia. Prawdziwym szczęściarzem okazał się Zbyszek Chmielewski, później znakomity dziennikarz sportowy, który trafił pod skrzydła entuzjasty sportu i szefa Powiatowego Komitetu Kultury Fizycznej w Szczytnie, Antoniego Landzberga. Janusz Budkiewicz, mój brat, podjął pracę w Wydziale Komunikacji, Stasio Trzciński na kolei, ja i Zbyszek Jaworowski w Centrali Ogrodniczej. Jurek Figura, już wówczas i na całe życie związał się z budownictwem i architekturą.

Nauka i praca to jednak był epizod. Bo przyszedł czas decyzji życiowych, czyli co dalej. Z bardzo nielicznymi wyjątkami wybór był jeden – studia. I to na powrót połączyło ludzi Leśniewskiego z ludźmi Korkozowicza. Wprawdzie rozjechaliśmy się po całej Polsce, ale spotkania miały walor prawdziwych świąt. To wówczas Jasiek Jałoszyński do melodii "Humoreski" Dworzaka napisał słowa, które stały się naszym hymnem:

Bury, Zbychmiel, Jaworowski,
Bebi, Władźka, Jan Sadowski,
Jabut, Jajał i Rubacha też...
Kochającym się nawzajem
Każde spotkanie jest rajem, wierz...


Rozszyfrujmy, kto - kim. Bury - Ryszard Budkiewicz, urzędnik. Zbychmiel - Zbigniew Chmielewski, UJ, UW, dziennikarz. Jaworowski Zbigniew, Politechnika Gdańska, inżynier budowy okrętów. Bebi - Janusz Czerniewski, Politechnika Warszawska, inżynier elektronik. Władźka - Stanisław Jankowicz, Politechnika Gdańska, inżynier łączności. Jan Sadowski, WSR Olsztyn, inżynier rolnik, UW -prawnik. Jabut - Janusz Budkiewicz, SGPiS, handel zagraniczny. Jajał - Jan Jałoszyński, UT, UŁ, nieukończone, muzealnik. Rubacha - Jerzy Merkiewicz, Akademia Medyczna Poznań, lekarz.

W tym czasie powstało nasze Stowarzyszenie Krzewienia Kultury Towarzyskiej (SKKT), zaczątek późniejszych klubów inteligencji. Staraniem naszym pojawiło się coś na kształt kabaretu. Są pamiątki, zdjęcia i bardzo dobre nazwiska: Wanda Żenczykowska, Jasiek Jałoszyński, Andrzej Ciunkiewicz, Sławek Popowicz, Adam Dzwolak, Janusz Przyborowski...

Wakacje. Koniec lat 40., początek 50. to ponad wszystko spływy kajakowe. Całe Mazury do odkrycia i poznania. Niektóre szlaki już były przetarte, np. okolice Rucianego. Ale szlak z Sorkwit, na południe, był raczej dziki. A naszym prawdziwym odkryciem był szlak od czerwonego mostku (kierunek Olszyny) rzeczką Wałpuszą, jeziorami Wałpusz i Łęsk (Kulka) z przenosinami w Orżynach na Jez. Rańskie. Z Rańska furmankami, kajaki przewoziliśmy na Babant, który otwierał nam drogę na szlak sorkwicki...

Warto wiedzieć, że w owym czasie nie było mowy o wypożyczaniu kajaków na miejscu startu. Ładowaliśmy je na wagon (brankard) w Szczytnie i z przesiadką w Biskupcu jechaliśmy do Sorkwit. Łatwiej było wypływać z Rucianego, bo ze stacji do jeziora kilka kroków. Namioty tak, ale bez podłóg. Materace? Myśmy czegoś takiego nie widzieli, także u innych ludzi. Ale... podpatrzyliśmy kogoś, kto miał paramaterac wykonany z dętek rowerowych i odpowiednio zszytych z płacht namiotowego płótna. Po dętkach oczywiście ani śladu, ale płótno - pamiątkę mam. Zresztą, po wyjęciu dętek służyło nam jako żagiel...

Lata lecą... Z perspektywy ponad 60 lat twierdzę, że niezmiennie ważne są przyjaźnie, po stokroć przyjaźnie. Właśnie te zawierane w owych szkolnych latach. Późniejsze są oczywiście cenne, ale nie zawierają tego magicznego ładunku emocji.

Od zawsze miałem skłonność do gromadzenia pamiątek. Dzięki nim rusza karuzela wspomnień, kiedy pojawi się ktoś z żyjących. Niestety, spośród 9 kolegów, wymienionych w tekście wierszyka, pięciu nie żyje... Nie żyje? Ależ żyje - w naszej pamięci!


P.S. Ten żołnierzyk, który tak efektownie wkraczał do klasy na zajęcia, poderwał mi dziewczynę i nawet się z nią ożenił. Edka nie pozdrowię, bo nie żyje, ale Lilę z całą serdecznością.

Ryszard Budkiewicz