REKRUTACJA 2019/2020











szkola » wspomnienia

Wspomnienia Zbigniewa Chmielewskiego



(powrót do spisu)

Zbigniew Chmielewski urodził się w 1932 r. Na Mazury przyjechał razem z rodzicami ze Lwowa. W latach 1945 - 51 był uczniem gimnazjum, a potem liceum w Szczytnie, gdzie zdał maturę. Studiował dziennikarstwo na uniwersytetach w Krakowie i Warszawie. W latach 1955 - 92 pracował jako dziennikarz PAP w Warszawie, a od 1992 do 2004 pełnił funkcję redaktora naczelnego "Magazynu Olimpijskiego". Jest autorem wielu publikacji o tematyce olimpijskiej i sportowej. Ostatnio, w ubiegłym roku, wydał książkę - album pod tytułem "Sportowcy w Powstaniu Warszawskim".


Myśmy byli pierwsi


Była to typowa dla tamtych lat klasa. Pierwsza gimnazjalna - rocznik 1945. Do Szczytna przyjechaliśmy transportami z różnych stron, byliśmy w różnym wieku. Wielu zasiadło w ławach szkolnych po pięciu latach przerwy. Mimo młodego wieku mieliśmy już wiele doświadczeń i wspomnień związanych z okupacją, wywózkami, Powstaniem Warszawskim, czystkami na Wołyniu. We wrześniu 1945 było nas dwadzieścioro, ale z każdym miesiącem przybywali nowi uczniowie.

W pierwszej ławce siedziały śliczne jak dwa aniołki, najsłodsze w klasie 13-latki, Tereska Warpechowska i Irenka Przybyłowska. Były pupilkami wszystkich nauczycieli, wzorowymi uczennicami i wkrótce, gdy powstał szkolny teatr, powierzano im najważniejsze role. Z każdym rzędem ławek średnia wieku była coraz wyższa. To byli ci, którym przyszło odrabiać stracone lata nauki. A w ostatnim rzędzie, pod ścianą, najstarsi z nas, dwudziestoparoletni kawalerowie - Jurek Ziółkowski i jego koledzy, Marian Zaorski, Włodek Jóźwik. Ale pierwszoplanową postacią był wśród nich por. Edward Raczyński. Nazywaliśmy ich "partyzantami", ponieważ nosili oficerki - buty z cholewami, wojskowe kurtki. Mówiło się po cichu, że mieli za sobą lata konspiracji i prawdopodobnie przynależność do AK. Zarówno nauczyciele jak i my - młodsi - nie bardzo wiedzieliśmy, jak się do nich zwracać - per ,,pan” czy per "ty".

"Partyzanci" trzymali się razem, mieli swoje sprawy, wiedzieliśmy, że piją wódkę. W soboty chodzili na zabawy, a Jurek Ziółkowski był harmonistą w jedynej w mieście orkiestrze tanecznej. My, młodsi, zafascynowani harcerstwem, stanowiliśmy odrębną grupę.
Bardzo szybko nawiązały się przyjaźnie, chociaż pochodziliśmy z różnych zakątków Polski.

"Rubacha", czyli Jurek Merkiewicz (później został lekarzem) był z Wilna, Bolek Woźniak (aktor warszawskiej "Syreny") pochodził z Krakowa. Józek Jaworski( potem znany bokser, członek kadry narodowej, absolwent łódzkiej filmówki) przeżył powstanie w getcie i Powstanie Warszawskie. Całe życie, od najmłodszych lat szkolnych marzył o tym, by zrobić wielki film o tych dwóch wydarzeniach. Transportami ze Wschodu przybyli bracia Janusz i Rysiek Budkiewiczowie oraz rodzeństwo Wanda i Witek Żenczykowscy, Janek Sadowski z północnego Mazowsza. Czasami w naszym gronie pojawiały się także dzieci mazurskie. Na pierwszej lekcji usiadłem w jednej ławce z Mundkiem Czekajło ( dzisiaj wzięty lekarz warszawski). Wspólnie odrabialiśmy lekcje, bywaliśmy w swoich domach. Jego rodzice prowadzili pierwszy w mieście polski sklep przy ul. Odrodzenia. On był z Warszawy, ja - ze Lwowa. Typowy amerykański "melting pot". Ciekawe, że w tej zróżnicowanej zbiorowości nie było podziału na lepszych i gorszych, na tych z Zachodu i ze Wschodu.

Latem 1945 roku Szczytno było miastem opustoszałym, wszędzie widoczne były ślady wojny. Mieszkańców 1-1,5 tys. W gruzach leżało centrum. Nie działały wodociągi, kanalizacja, na przedmieściach brakowało prądu. Szkielety wypalonych domów groziły zawaleniem i na ścianach wisiały tabliczki z napisem "Uwaga! Niebezpieczeństwo". Od czasu do czasu w różnych częściach miasta wybuchały pożary. W śródmieściu jednym z nielicznych ocalałych budynków było gimnazjum. Z okien naszej klasy widać było cmentarz żołnierzy radzieckich, poległych w styczniu 1945 roku.

Kiedy rozpoczął się rok szkolny, pierwsze dni poświęciliśmy razem z nauczycielami na porządkowanie pomieszczeń, wynoszenie stert śmieci i makulatury, połamanych mebli i likwidowanie śladów pobytu wojska.

Ziemie Podobnie jak my, tak i nauczyciele przyjechali z różnych zakątków kraju. Czy ściągnęła ich szansa znalezienia pracy i mieszkania? Nie sądzę. Każdy z nich miał wysokie kwalifikacje i z łatwością znalazłby zatrudnienie w którymś z większych miast polski centralnej. Motywy musiały być inne. Wychowani na powieściach Sienkiewicza, Żeromskiego uważali, że ich miejsce jest teraz na Warmii i Mazurach. Tradycje walki o polską szkołę były na tych terenach jeszcze żywe. Dopiero później zrozumiałem, dlaczego tak często zalecaną przez nich lekturą była książka Melchiora Wańkowicza "Na tropach Smętka".

Do nowej władzy nie pałali miłością i wzajemnie. Nie należeli do pupilów tych, którzy sprawowali rządy. Każdy z nich miał odmienny, bogaty życiorys. Ciekawe, czy w archiwach zachowały się materiały oceniające ich postawy i pracę z młodzieżą. Jak np. lokalna cenzura przyjęła fakt wystawiania w naszej szkole "Dziadów" czy powołania do życia grupki samokształceniowej, wzorowanej na wileńskich filomatach? Niby niewinna sztubacka zabawa, a jednak...

Organizatorem gimnazjum i jego pierwszym dyrektorem był prof. Michał Leśniewski (wówczas wszystkich nauczycieli nazywaliśmy "profesorami"). Postać jak z powieści - wiecznie roztargniony, w okularach, w obcisłej marynarce o przykrótkich rękawach. Wieczorami, kiedy wracał do domu, pisał wiersze. Do dziś pozostaje tajemnicą, jak udało mu się przeprowadzić szkołę przez trudny okres reform lat czterdziestych.

Jego prawą ręką była także polonistka, pani Irena Kakowska. Warszawianka - zawsze świetnie ubrana, z tą elegancją charakterystyczną dla przedwojennej stolicy.
Podobno całą okupację ukrywała się w jakimś młynie. Dyrekcja szkoły desygnowała ją do najtrudniejszych rozmów z lokalnymi i wojewódzkimi władzami. Mówiło się, że nie ma sprawy, której nie potrafiłaby załatwić. Była - jak byśmy to dzisiaj powiedzieli - promotorką kultury. To dzięki niej doszło do wystawienia w szkole ,,Dziadów" Mickiewicza z Krysią Sienkiewicz (późniejsza gwiazda warszawskiego STS-u) w roli aniołka oraz "Balladyny" z Wickiem Grabarczykiem (dzisiaj znany aktor telewizyjny) w roli Grabca. Interesowała się też malarstwem.

Religii, języka angielskiego a także - jeśli zaszła potrzeba - geografii uczył nas ks. Łaniewski. Przed wojną był misjonarzem w wielu egzotycznych krajach. Potrafił barwnie opowiadać o świecie; nie było jeszcze telewizji, a do jedynego w mieście kiosku przychodziło zaledwie kilka gazet. Nasze serca podbił, gdy któregoś dnia podczas przerwy wyszedł na boisko i, podkasawszy sutannę, zaczął grać z nami w piłkę. Następnego dnia kumoszki w całym mieście plotkowały o tym, jak to ksiądz ze swymi ministrantami ugania się za piłką. Z ministrantami, ponieważ przy szkole powstała kaplica. W lewym skrzydle budynku połączone zostały dwie klasy i codziennie przed lekcjami odbywały się tu msze święte. Ministrantami byliśmy oczywiście my - najmłodsi z pierwszej gimnazjalnej. W ciągu dwóch tygodni musieliśmy nauczyć się łacińskiej ministrantury z "Pater noster" i "Confiteor" włącznie. Oficjalnie władze krzywym okiem patrzyły na te poczynania duchownego, o którym zaczęło być głośno w całym województwie. Kaplica szkolna została przeniesiona do opustoszałego ewangelickiego Domu Modlitwy, a ks. Łaniewski przestał nas uczyć angielskiego. Jego miejsce zajęła "babcia" - tak ją wszyscy nazywali - Gabriela Trzaska - siwiuteńka jak gołąbek staruszka, arystokratka skoligacona z najświetniejszymi rodami Rzeczypospolitej. Trudno powiedzieć, co sprawiło, że zdecydowała się opuścić swój ukochany Kraków i samotnie przyjechać na Ziemie Odzyskane. "Babcia" Gabriela Trzaska, która młodość spędziła w Londynie, na swych lekcjach raczyła nas opowieściami z życia angielskich wyższych sfer - co pojawiało się na stołach podczas przyjęć, jak odbywały się bale, polowania i legendarne wyścigi konne w Ascot. A za oknami skrzeczała szara rzeczywistość rodzącej się PRL.

Najpoważniejszym autorytetem w szkole był prof. matematyki Paweł Nowakowski. Do Szczytna przyjechał podobno wprost z więzienia UB. Był ostatnim dowódcą AK na północnym Mazowszu. O jego działalności w latach okupacji a także po wojnie mówiło się szeptem. On sam dawne lata wspominał tylko przy wyjątkowych okazjach. Miał wygląd typowego polskiego szlachcica - sumiasty wąs, dumna postawa, łudząco przypominał marszałka Piłsudskiego. Właśnie tak sobie wyobrażałem powstańców styczniowych z 1863 roku. O wojnie, konspiracji nie lubił mówić, ale chętnie rozmawiał z nami o obowiązku obywatelskim, o tym, czym jest prawda i fałsz. Lubił grecką filozofię. Pamiętam, jak jedna z jego lekcji matematyki zamieniła się w doskonały, klarowny wykład o znaczeniu logiki. U "wuja Pawła" - bo tak go nazywaliśmy - nie wypadało mieć złych stopni. Nawet największe lenie i ci, którym matematyka szła ciężko, przykładali się do nauki.


Zbigniew Chmielewski