szkola » wspomnienia » wspomnienia Wandy Jurczenko-Barnowskiej

wspomnienia Wandy Jurczenko-Barnowskiej - byłej uczennicy

(powrót do spisu)

Dzisiejszej młodzieży może się to wydać trochę dziwne, ale my naprawdę marzyliśmy o tym, by rok szkolny rozpoczął się dokładnie 1 września 1945 roku. Żeby było normalnie.



pani Wanda Jurczenko-Barnowska

Przez pięć lat wojny pobieraliśmy nauki w różnych szkołach - ukraińskich, białoruskich, litewskich, niemieckich lub ma tajnych kompletach, gdzieś ukradkiem w prywatnych mieszkaniach na terenach Generalnej Guberni czy tzw. Rzeszy. Niektórzy z nas byli już po wojsku lub po partyzanckich doświadczeniach, inni ukrywali się i jakoś przetrwali, jeszcze inni przybyli transportami "zza Buga", z wywózki do Prus, czy choćby tylko "zza miedzy", czyli z pobliskich Chorzel i Dąbrów. I bardzo, bardzo chcieliśmy, żeby już wreszcie było zwyczajnie. Jak przed wojną. Tak, jak to sobie wyobrażaliśmy podczas długich pięciu lat okupacji. Szkoła, dzwonek, ławki, i nawet dwójki w dzienniku. Normalnie.

Normalną szkołę, już mieliśmy - opustoszały, tylko trochę zrujnowany i rozkradziony budynek przedwojennego niemieckiego gimnazjum. Sprzątaliśmy go sami - zdaje się, że przedtem był tam szpital, bo wynosiliśmy jakieś kubły z resztkami pokrwawionych bandaży. Potem musieliśmy w gruzach szczycieńskich domów znaleźć sobie ławki, stoły i krzesła, poszukać czegoś, co mogło przypominać zeszyty; pisaliśmy na odwrocie bloków niemieckich druków czy jakichś rachunków. Z piwnic zniszczonego budynku niemieckiej szkoły przy obecnej ulicy Polskiej wynosiliśmy niemieckie mapy, encyklopedie, podręczniki matematyki, fizyki i chemii, z których uczyli nas nasi wielojęzyczni profesorowie. Mieliśmy nawet dzwonek - przerwy uroczyście oznajmiał nim stary woźny Kisiel, Mazur, który był w tej szkole podobno od zawsze.

Ale mimo naszego entuzjazmu i autentycznego pędu do wiedzy, której nie mogliśmy zdobywać podczas wojny, uczyć nas - tę niespójną nierówną wiekowo i nierówną w poziomie wiedzy, przedwcześnie dojrzałą życiowo i jednocześnie niedojrzałą intelektualnie, niesforną grupę - nie było łatwo. Wspominam zawsze naszych wspaniałych nauczycieli. Naszego prawdziwego wychowawcę, wielkiego erudytę i humanistę księdza Władysława Łaniewskiego, misjonarza z Cejlonu, który uczył nie tylko języki polskiego, łaciny i angielskiego. Uczył nas tolerancji dla odmiennych poglądów, leczył nasze dusze, okaleczone wojenną chorobą nienawiści, wpajał swoją słynną dewizę: "Bądźmy łagodni.." Te słowa dla wielu, którzy uważają za zaszczyt nazywać się Jego wychowankami, stały się ważnym życiowym wskazaniem.

Pamiętam zawsze wytworną i elegancką, niesłychanie wymagającą profesor Irenę Kakowską, która uczyła historii dosyć skomplikowanymi metodami, jako że nie mieliśmy przecież żadnych podręczników. Tylko pani prof. Kakowska umiała zmrozić spojrzeniem całą klasę, gdy ktoś wrzucił Starościakównej za kołnierz chrabąszcza i ta w przedziwnych podrygach ruszyła pod tablicę, gdzie odtańczyła pełny taniec Swiętego Wita. Pamiętam cudowną, pełną ciepła panią Jurewiczową, nauczycielkę geografii, ukochanego przez uczniów wychowawcę naszej klasy, profesora Pawła Nowakowskiego, owianego legendą partyzancką (mówiło się w głębokiej tajemnicy że był jednym z szefów Kedywu) - jakże on nas umiał uczyć matematyki! Dyrektor Michał Leśniewski słynął z tego, że znał na pamięć wszystkie ważniejsze dzieła Mickiewicza - od "Pana Tadeusza" po "Ballady i romanse" i obficie cytował je podczas lekcji. Przed wojną był dyrektorem gimnazjum żeńskiego i chyba nigdy nie zdołał pogodzić się z tym, że teraz dyrektoruje gimazjum koedukacyjnemu - wciąż obawiał się jakiegoś romansowego skandalu. Miał więc zwyczaj wzywać znane w szkole pary na rozmowy umoralniające. Rozpoczynał od słynnego: "Piekarska się rozwija Piekarska jeszcze nie wie, że..." - i tu w obecności ukochanego tłumaczył Piekarskiej to, czego jeszcze - jego zdaniem - ona nie wiedziała.

Serdecznie wspominam panią profesor Gabrielę Trzaskę, wielką poliglotkę (znała biegle angielski, francuski, niemiecki, rosyjski i hiszpański), która uparcie, nie zważając na nasz opór, uczyła nas dobrych manier. "Babcia" Trzaska kochała ogromnie swego psa, czarnego cocker spaniela Dżokusia, tak więc "psie tematy" na lekcjach angielskiego zwykle chroniły nas przed szczególnie groźnymi sprawdzianami naszej wiedzy. W rezultacie nie tylko ja z naszej klasy do dzisiaj nie mówię po angielsku. Ale pani profesor Trzasce uczestnicy I Zjazdu Wychowanków Szkoły w 1973 roku ufundowali pomnik na miejscowym cmentarzu.

Z tego pierwszego roku szkolnego 1945/1946 pamiętam, że było nas cztery klasy, z tym, że do klasy III i IV chodziło tylko kilka osób. Przy przyjmowaniu do klas nie wymagano żadnych świadectw, każdy zapisywał się tam; gdzie uważał, że sobie najlepiej poradzi. Pamiętam pewnego kolegę ze Wschodu, który zapisał się do naszej, II klasy, a potem uznał, że jednak lepiej mu będzie uczyć się od początku. Z klasy III pamiętam tylko Jurka Duchińskiego, późniejszego lekarza chorób tropikalnych i Halinkę Napiórkowską, potem lekarza pediatrę. Więcej osób pamiętam z klasy IV, bo tam uczył się mój brat, Wiktor Żenczykowski. Jego bliskimi kolegami byli Edmund Stec, Jerzy Łazicki i Jan Lebenstein, obecnie światowej sławy malarz, zamieszkały w Paryżu, który jeszcze przez wiele lat korespondował z Witkiem.

Po ukończeniu klasy IV zdawaliśmy tzw. małą maturę, poprzedzoną - oczywiście - tradycyjną studniówką i otrzymaliśmy świadectwa ukończenia gimnazjum ze zdjęciem i podpisami wszystkich profesorów. Trzeba przypomnieć, że wówczas jeszcze system nauczania w szkołach średnich był dwustopniowy: po gimnazjum kontynuowało się naukę w liceum i dopiero tam zdawało "normalną" maturę. Moja II klasa była pierwszą, której absolwenci uzyskali - bo w tym czasie przeprowadzono reformę szkolnictwa - świadectwa dojrzałości w tej szkole. Ja po małej maturze przeniosłam się do liceum w Olsztynie, ponieważ - a ukrywam to już tylko przed wnukami - w Szczytnie nie bardzo miałam czego szukać ze słabą trójką ze sprawowania. Zdobyłam ją m.in. za nielegalne uczęszczanie na publiczne zabawy "za drągiem" (kto z nami tam bywał, wie o co chodzi), wyprowadzenie za pomocą wielkiej gałęzi z zielonymi listkami całej szkoły na wagary z okazji 1 kwietnia oraz udział w sprawieniu lania Januszowi Leśniewskiemu, jedynemu synowi dyrektora szkoły, bo podejrzewaliśmy go o donoszenie ojcu, kto chodzi "za drąg". Janusz Leśniewski, dziś profesor, dopiero po latach podczas pierwszego zjazdu absolwentów szkoły w 1973 roku, powiedział nam, że nigdy na nas nie doniósł. A wtedy zniósł lanie z godnością i w milczeniu. Poczuliśmy się wszyscy okropnie winni.

A potem wspominaliśmy - "kto na ławce wyciął serce"...? A kto spiął agrafkami cały chórek na porannej mszy w szkolnej kaplicy księdza Łaniewskiego? Kto rozebrał w klasie żelazny piecyk z rurą wystawioną za okno, by z powodu zimna nie mogły odbyć się lekcje w dniu Święta Narodowego 11 listopada? Kto odział oryginalnego kościotrupa (plastikowych pomocy naukowych wówczas nie było) w kapelusz, szalik i jesionkę stanowiące własność profesora Mazura od biologii i w dodatku włożył w kościotrupie piszczele koncertowe skrzypce?

To już pięćdziesiąt lat Szkoły, z którą związane są wszystkie pokolenia mojej rodziny. Mój Ojciec, Stanisław Żenczykowski, pierwszy Inspektor Szkolny w Szczytnie był jej współorganizatorem i później nauczycielem języka rosyjskiego, zmarł w roku 1979. Ja po latach studiów i pracy zawodowej "gdzieś w Polsce", wróciłam do Szczytna i - ku szczeremu zdumieniu części profesorów, boleśnie pamiętających moje "osiągnięcia" w dziedzinie dobrego sprawowania - ostatnich dwadzieścia pięć lat przepracowałam tu jako prokurator. Absolwentami liceum są moje dzieci, Iwona - obecnie warszawska dziennikarka i autorka kilku książek oraz Jarosław- absolwent Wydziału Politologii Uniwersytetu Warszawskiego. Do szczycieńskiego liceum wybierze się na pewno i czwarte pokolenie: już za dwa lata moja wnuczka Asia, a potem Maciek Marysia, Ola.... I tak, chcąc nie chcąc, odkurzam znów stare podręczniki i po raz trzeci powtarzam: Mieszko I, Bolesław Chrobry..., do kręgowców zaliczamy ryby, płazy, gady, ptaki i ssaki..., kwadrat przeciwprostokątnej równa się sumie kwadratów dwóch przyprostokątnych... Witaj szkoło!