szkola » wspomnienia » wspomnienia Antoniny Herzog

Wspomnienia Antoniny Herzog - byłej nauczycielki

(powrót do spisu)

"Co zapamiętałam, to napisałam"

Przepraszam, że piszę tak niewyraźnie, wiele już nie pamiętam - straszna skleroza, 85 lat, nic dziwnego ...



pani Antonina Herzog

Przybyłam do Szczytna w 1945 r., ale ze względów rodzinnych zgłosiłam się do pracy w Liceum Ogólnokształcącym w Szczytnie dopiero w 1950 r. Dyrektorem był pan Leśniewski, jedyny spośród nas nauczycieli, który miał ukończone studia (polonistyczne) . Chcąc utrzymać się na tym stanowisku, musiał wykonywać wszelkie polecenia sekretarza komitetu powiatowego w Szczytnie, chociaż, jak widzieliśmy z jego przygnębienia, kolidowało to z jego sumieniem i poczuciem godności. Nie dziwiliśmy się całkiem postępowaniu pana Dyrektora i szanowaliśmy go, bo był człowiekiem wartościowym.

Języka polskiego uczyła pani Kakowska.Przybyła z Warszawy, ubrana świetnie i przedsiębiorcza. Wraz ze swoim przyjacielem czy wspólnikiem założyła przy ul. Ogrodowej, dwieście metrów od liceum, na pięterku - kawiarnię. W ciągu całego roku sprzedawane tam były olbrzymie faworki-chrusty i wielgachne pączki. Wpadaliśmy tam na kilkanaście minut, by spałaszować te smakołyki.

Biologii i chemii uczył kolega Budzyński, pogodny, życzliwy ludziom, dobrotliwy kpiarz, kpiący przede wszystkim z siebie. Języka rosyjskiego uczniowie nie chcieli się uczyć tak dalece, że nauczycielki mogły od góry do dołu wystawić oceny niedostateczne, co wpływałoby negatywnie na ocenę pracy nauczycielek, więc najwyżej po kilku miesiącach pracy rezygnowały. Język rosyjski był obowiązujący, a francuski lub angielski do wyboru. Prawie wszyscy uczniowie wybrali język angielski. Początkowo podjęła się go uczyć koleżanka Maria Nowakowa. Kiedyś w młodości liznęła go trochę, ale z czasem zapomniała. W liceum przed każdą lekcją sama uczyła się słówek i pisania wyrazów.

Pewnego razu postanowiła nauczyć uczniów nazw stron świata. Pokazała na mapie północ, wschód, zachód i w tym momencie zapomniała, jak brzmi po angielsku południe. Kiedy uczniowie zapytali o to, nie straciła rezonu i powiedziała: za dużo chcecie nauczyć się na jednej lekcji - powiem to jutro.

Nauczycielem języka angielskiego i niemieckiego był ksiądz Łaniewski. Uczył nie w sutannie, lecz zawsze w czarnym garniturze, szczupły i przystojny. Zwierzył się nam, że był wysłany jako misjonarz na Daleki Wschód. Po rocznym tam pobycie wrócił do kraju.

Historii uczyłam ja - Antonia Herzog. W czasie wojny najgorszym obdartusem byłam właśnie ja. Poszukiwana przez gestapo za tajne nauczanie, pod obcym nazwiskiem tułałam się, nie przyznając się nikomu do swego zawodu, nie ryzykowałam wrócić do mieszkania po ubranie. Po wojnie zgłosiłam się do opieki społecznej w Szczytnie, gdzie zostałam obdarowana amerykańskimi ciuchami. I wtedy była ze mnie szyk babka.

Pewnego razu pan Dyrektor Leśniewski wrócił z komitetu PZPR w Szczytnie z poleceniem, by młodzież zdjęła z siebie wszelkie oznaki zabobonu religijnego Chodziło o medaliki i krzyżyki. Dwóch uczniów nie podporządkowało się temu poleceniu. Tłumaczyłam im, że mogą być usunięci ze szkoły - bez skutku. Panu Dyrektorowi, nie chcąc go denerwować, skłamałam, że wszyscy podporządkowali się temu poleceniu.

Pan Dyrektor przyjął do szkoły nauczyciela matematyki, pana Nowakowskiego. Był to już starszy pan, o włosach przyprószonych siwizną, w wysokich do kolan lśniących butach, o postawie i sposobie bycia znamionującym wojaka. W czasie wojny Nowakowski był żołnierzem Armii Krajowej (AK). Przyjęcie go do pracy chyba przeważyło o usunięciu pana Leśniewskiego ze stanowiska dyrektora. Pan Leśniewski poszedł uczyć języka polskiego w liceum dla przedszkolanek, prowadził też bibliotekę, z czasem wrócił do liceum ogólnokształcącego, ale jako nauczyciel. Pan Nowakowski poszedł pracować do mleczarni w Szczytnie, a stamtąd na emeryturę.

Jesienią 1950 r. zorganizowałam Związek Nauczycielstwa Polskiego (ZNP). W okolicznych wsiach uczyli nauczyciele niemający nawet ukończonej szkoły podstawowej. Musiałam do nich dotrzeć i tłumaczyć rolę i znaczenie związku zawodowego. Listę związkowców miałam w domu. Zainteresował się mną Urząd Bezpieczeństwa. Zrobili rewizję, znaleźli listę związkowców i zabrali mnie do bezpieki. Krzyki męczonych w nocy budziły we mnie przerażenie, nie dając usnąć. Ściągano mnie w nocy wiele razy, ale nigdy nie oddano w ręce najgorszego oprawcy.

Napisałam niewiele. Od 5 lat mam ciężko chore serce. Nie chodzę na cmentarz. Tam na starym cmentarzu, 30 metrów od byłej bramy po lewej stronie, nieco głębiej, jest mogiła z krzyżem oplecionym koroną cierniową. Jest to grób ucznia zamęczonego przez UB. W kondukcie żałobnym szli w milczeniu nauczyciele i wszyscy uczniowie. Słychać było tylko zawodzenie wiatru...