aktualności » z życia szkoły

Moja klasa była najlepsza, czyli o spotkaniu z okazji 70-lecia szkoły



To nie był zwykły piątek. To był piątek wyczekany. Początek tego dnia zaczął się dla części uczestników tego spotkania od refleksji duchowej i Mszy. Koncelebrowało ją 5 kapłanów, a wśród nich absolwenci: Maciej Maciejewski i Romualnd Zapadka. Pierwszy przewodniczył Mszy, natomiast drugi wygłosił poruszającą, emocjonalną homilię przywołując wspomnienia z liceum, odwołując się do łączności Boga, historii, współczesności i poezji Adama Asnyka. Był to moment oddechu przed tym, co miało wkrótce nastąpić.

Oto scenka przy rejestracji uczestników: dwaj szacowni panowie zbliżają się do stolika, podają nazwiska, z niedowierzaniem patrzą na siebie i już za chwilę nie ma owych szacownych panów, jest Piotrek i jest Zbyszek, kumple z LO. Nie ma form z "ą", "ę", jest radość nastolatków ze spotkania po latach. Takich scen było zapewne więcej. Czas poprzedzający część oficjalną był czasem wspomnień, rozmów, nieustannego wywoływania przeszłości, która okazała się obecna na wyciągnięcie ręki. Dawni uczniowie przechadzali się po szkole. Niektórzy z nich byli związani z innym miejscem, w którym obecnie znajduje się Gimnazjum nr 1, ale nasza szkoła nie odcina się od poprzedniej lokacji, wręcz przeciwnie, podkreślamy bezpośredni związek z tamtym miejscem. Przecież chodzi o ciągłość, a my jesteśmy tej trwałości elementami. Niektórzy z uczestników byli świadkami przenosin i doświadczyli ich na sobie, są jedną nogą "tu", a drugą "tam".

Druga symboliczna scena. Absolwentka podchodzi do grupki dziewcząt z 2c, patrzy na szkolne stroje, szpilki, biżuterię i opowiada o dawnej szkole, ale bez cienia napastliwości, pretensji, wyższości. Ot, zabawne anegdoty z dawnej szkoły, z przesłaniem, że szkoła się zmieniła. My też się zmieniliśmy, ale wiemy jedno: nasza klasa była najlepsza. To było najczęściej powtarzane zdanie. Przewagę fizyczną i akustyczną zdobył w tej konkurencji pan Witold Czujak, który wygłosił je z wysokości , przy okazji robienia zbiorowego zdjęcia wszystkim uczestnikom spotkania. Zdjęcia, które było do odebrania tego samego dnia. Technologia i postęp.

Spotkania rozpoczynały się często nie od spojrzenia w oczy, ale od mniej lub bardziej dyskretnego rzutu okiem na plakietkę z imieniem i nazwiskiem (również panieńskim). Korytarz huczał od rozmów i emocji. Cisza zapadła w chwili, gdy zaczęła się część oficjalna. Na scenę wchodzili kolejni zaproszeni goście, przyjaciele, a więc wszyscy przybyli dyrektorzy i wicedyrektorzy szkoły, dyrektorzy innych szkół, przedstawiciele władz wojewódzkich, władze miasta i powiatu. Wszystkim, którzy zaszczycili nas swoją obecnością, serdecznie dziękujemy. Były mowy, co bardzo doceniamy, ale wszystko zmieniło się, gdy wyszli "oni", to znaczy "my", absolwenci i zrobiło się nieoficjalnie, z głębi wspomnień, wzruszeń i pamięci. Zaczęło się od trójcy absolwentów: Wiktora Marka Leyka, posła, przedstawiciela władz województwa, Andrzeja Tarleckiego, dziekana Wydziału Matematyki, Informatyki i Mechaniki Uniwersytetu Warszawskiego (ciekawe, co miał z matmy w liceum?) oraz Mariusza Sokołowskiego, rzecznika Komendanta Głównego Policji. Popłynęły anegdoty, wspomnienia, zrobiło się swojsko, z widowni padały wspomagające komentarze. Potem kolejni goście wpadali (dosłownie) na scenę i dzielili się wspomnieniami. Zaczęła się podróż w czasie.

Na widowni nieustannie wspominano, na scenie kapsuła czasu przenosiła nas dekady wstecz. Absolwenci oglądali zdjęcia, słuchali piosenek i komentarzy, być może rozpoznawali siebie. Przez 25 minut przemierzali czasoprzestrzeń, począwszy od 1945 roku, kiedy nasza historia się zaczęła, aż do chwili obecnej. Niejedna łza się w oku zakręciła, oj, niejedna.
Ostatnie 30 minut to popis kolejnych młodych i zdolnych. Nie ulega, najmniejszej wątpliwości, że uczestnicy naszej akademii są fantastycznie zdolni. Ich zasługi zostaną opisane w odrębnym tekście. Widownia w czasie koncertu szybko przeszła do owacji na stojąco w jego finale. Zrobiło się gorąco. Przecież miało być gorąco - pogoda była zamówiona.

Jedzenie też zamówione. Po prostu pycha. Nauczyciele i uczniowie z Zespołu Szkół nr 2 przygotowali naprawdę fantastyczne dania. Dzięki.
I to koniec? Nieprawda. To był dopiero początek. Początek spotkań. Potem przekonanie, że się nie chciało przyjechać, a było fantastycznie, że musimy się spotkać, że się lubimy, że były to ważne lata w naszej budzie.

Po zakończeniu tej części uroczystości grupa uczniów, absolwentów, nauczycieli odwiedziła tych, którzy odeszli, a o których pamiętamy. Symboliczne znicze, róże – znaki pamięci.
O wieczornej części naszego spotkania każdy ma własne wspomnienia - ta noc była nasza, o czym przypomina ból nóg i… tylko nóg. I ciąg dalszy spotkań, bo dotarli ci, którzy nie mogli dotrzeć przed południem i wszystko ożyło, a nauczyciele zostali poddani bezwzględnemu sprawdzianowi ze znajomości twarzy i roczników.

I to jeszcze nie był koniec. Sobota witała ostrym słońcem i gościnnymi progami naszej dawnej siedziby. Dzięki uprzejmości Pani dyrektor Ewy Żenczykowkiej-Sawickiej nasi absolwenci mogli rozpoznać dawne miejsca, przenieść się w czasie. I to jeszcze nie koniec. Takie dni nie powinny się kończyć. Musimy się spotkać jak najszybciej.

PS. Pani dyrektor Mariola Jaworska stwierdziła, że to jej rocznik był najlepszy, co ostatecznie kończy rozważania na temat, o czym zaświadcza



gapa





Zobacz zdjęcia