REKRUTACJA 2019/2020











absolwenci » Absolwenci

Ryszard Kiełczewski



Do liceum w Szczytnie dostałem się w 1954 roku. Miałem zaledwie 12 lat, bo - jak to było po wojnie - w wyniku egzaminów kwalifikacyjnych ominąłem uczęszczanie do I i III klasy szkoły podstawowej. Fakt ten miał później dość dramatyczne skutki dla mnie, ale o tym pod koniec.

Z ówczesnych nauczycieli w pamięci mojej pozostali - dyrektor szkoły - Pan Jerzy Rutkowski, nauczyciel matematyki - Pan Nowakowski (imienia, niestety, nie przechowałem w pamięci) i nauczyciel chemii - Pan Budzyński.

Pan Nowakowski - typ starego szlachcica z sumiastym wąsem - szorstki w obejściu, za to serce miał gołębia. Budził respekt, bo był bardzo wymagający. Kiedy musiał postawić negatywną ocenę, przy dobrym humorze mawiał - siadaj - masz stopień niedostateczny. Jak delikwent łapał "gałę" (popularne w tamtych latach określenie dwójki), to otrzymywał już nie stopień niedostateczny tylko „wymawianą z pasją (pan profesor ewidentnie cierpiał jak musiał stawiać taki stopień) "tfójkę". Ale był kochany, chociaż raz pogonił kota i mnie. Był początek czerwca - miałem wystarczającą w moim mniemaniu liczbę ocen cząstkowych w dzienniku, więc poluzowałem sobie dość ostro. Pan profesor wyczuł to natychmiast i zostałem wezwany do tablicy, gdzie otrzymałem stopień niedostateczny. Nie zmobilizowało mnie to jednak, bo oznaczało tylko degradację z czwórki na tróję na koniec roku, ale nie groziło repetowaniem. Za to kiedy zaraz na następnej lekcji matematyki znowu wyczytane zostało moje nazwisko do tablicy, już było dramatycznie, nie dość, że dostałem "tfójkę", to jeszcze pan profesor na mnie nakrzyczał. Nie było na co czekać - przysiadłem fałdów i na ostatnią klasówkę, którą niespodziewanie dla wszystkich zarządził pan profesor byłem, już przygotowany należycie.

Przy poprawie klasówki z radością zobaczyłem piątkę, bez jakiejkolwiek uwagi. Siedziałem więc bezrobotny, a pan profesor chodził w ciągu pomiędzy ławkami koło mnie, skracając swoje marsze, aż wreszcie zatrzymał się przy mnie ze słowami wypowiedzianymi tubalnym głosem - i co, gałganie, zacząłeś się wreszcie uczyć?.

Wszyscy kochaliśmy pana profesora, który był dla nas uosobieniem sprawiedliwości.

Nieco inaczej zapamiętałem pan profesora Budzyńskiego. Jego lekcje były standardowe - zadawał nauczenie się z podręcznika określonego tematu, a na następnej lekcji odczytywał wielokrotnie listę obecności po wcześniejszym zadaniu pytania. Jeśli wyczytany delikwent nie zaczął szybko i na temat odpowiadać, otrzymywał dwójkę i czytane było kolejne nazwisko. Najlepiej mieli ci w środku, bo profesor zaczynał losowo czytać raz od góry alfabetu raz od dołu. Zdarzyło się, że na jednej lekcji nieszczęśnik ulokowany blisko początku odczytywania otrzymał 5 dwój. A był to uczeń, który jako jedyny przez ponad dwa lata, gdy uczęszczałem na lekcje profesora Budzyńskiego, otrzymał czwórkę na okres z chemii, powtarzając legendarne osiągnięcie jakiegoś geniusza chemii sprzed kilku lat.

Co tam dwóje… Pan profesor był prekursorem nowej, współczesnej prawie, skali ocen. Stawiał również jedynki.
Kiedy w wyniku zawirowania życiowego wylądowałem w LO w Mrągowie w klasie X i XI, nie miałem żadnych problemów z chemii. Wykuta na blachę tablica Mendelejewa pozwalała rozwiązywać wiele problemów.
Z dyrektorem Jerzym Rutkowskim łączyły mnie dwa fakty. Najpierw zostałem głównym bohaterem apelu przedlekcyjnego (odbywały się zawsze!).Popełniłem bowiem poważne wykroczenie - zostałem przyłapany przez patrol ze szkoły milicyjnej na rzucaniu się śnieżkami. Koledzy zwiali, a ja znalazłem się w niewłaściwej odległości od patrolu i zostałem spisany.
Drugi fakt był poważniejszy i moja wina była bezsporna. Jako młodszy o co najmniej dwa lata od reszty (a bywało, że i o 5 lat) bywałem obiektem różnych "podszczypywań". A że miałem naturę zadziorną, kończyło się to często większymi lub mniejszymi bójkami. W jednej z nich użyłem swoich umiejętności wyniesionych z wychowania na wsi i za ciężko uszkodziłem starszego o 5 lat przeciwnika. Zaskutkowało to najpierw relegowaniem ze szkoły z tzw. wilczym biletem na dwa lata. Interwencja czynników zewnętrznych spowodowała zmianę kary na przeniesienie do szkoło w Piszu, skąd - z powodu braku internatu - zostałem wraz z większą grupą przeniesiony do LO w Mrągowie, gdzie zdałem maturę w 1958 roku.
Szczytno odwiedziłem w 1960 roku jako kolarz. Wygrałem wyścig w swojej kategorii (IV licencja) na trasie Szczytno - Pasym - Dźwierzuty - Szczytno. Następna moja wizyta w Szczytnie wydarzyła się dopiero na początku lat 90-tych, kiedy to w podróży miałem przesiadkę, której czas wydłużyłem na tyle, by pospacerować szlakami wspomnień.
Potem koleje losu rzucały mnie kolejno do Gdańska, gdzie zaliczyłem krótki epizod jako student Wydziału Budowy Okrętów, następnie Studium Nauczycielskie w Ełku, by finalnie wylądować na Śląsku, dokąd podążyłem za rodziną. Ukończyłem studia na Akademii Wychowania Fizycznego w Krakowie i pracowałem jako nauczyciel tej specjalności przez 32 lata zanim odszedłem na emeryturę.
Na śląsku połknąłem bakcyla brydża sportowego, od którego nie uwolniłem się do dzisiaj. Spełniłem się w nim jako zawodnik, trener, dziennikarz i działacz. Jest to zabawa, którą można uprawiać do końca życia. W 2014 roku jako 72-latek dorzuciłem do swych brydżowych trofeów najcenniejszy - mistrza Polski w najbardziej prestiżowej konkurencji par Open. Ale tak naprawdę największą radość dają mi dwie wnuczki urodzone w Szwajcarii - 16 i 11 lat. Odwiedzam je co roku w okolicach Bożego Narodzenia i ładuję akumulator na następny rok.



Zobacz: Sposób Arcymistrza na dobrą pamięć