REKRUTACJA 2019/2020











absolwenci » Absolwenci

Profesor dr hab. inż. Jerzy Pokojski



Profesor dr hab. inż. Jerzy Pokojski urodził się w 1955 roku w Suszu. Od 1957 do 1974 roku mieszkał w Szczytnie. W latach 1962-1974 uczęszczał do szkoły podstawowej i Liceum Ogólnokształcącego w Szczytnie. W 1974 roku rozpoczął studia na Wydziale Samochodów i Maszyn Roboczych Politechniki Warszawskiej, które ukończył w 1979 roku.

W latach 1979 - 1982 odbył studia doktoranckie na Politechnice Warszawskiej. W 1983 obronił pracę doktorską. W tym samym roku rozpoczął pracę w Instytucie Podstaw Budowy Maszyn na Wydziale Samochodów i Maszyn Roboczych Politechniki Warszawskiej. W 1991 roku uzyskał stopień doktora habilitowanego w zakresie budowy i eksploatacji maszyn. W 1995 roku został profesorem nadzwyczajnym Politechniki Warszawskiej. W roku 2003 uzyskał tytuł profesora nauk technicznych.

Zainteresowania naukowe prof. J. Pokojskiego dotyczą następujących grup zagadnień:
- zastosowań metod optymalizacji wielokryterialnej do rozwiązywania dużych problemów optymalizacji w projektowaniu maszyn i w dynamice maszyn,
- zastosowań metod sztucznej inteligencji we wspomaganiu prac projektowych,
- modelowania inżynierskiej wiedzy projektowej, zarządzania wiedzą, budowy oprogramowania służącego do składowania wiedzy projektowej,
- rozwoju podejść związanych z metodami Knowledge Based Engineering.

Dorobek naukowy obejmuje wiele publikacji z zakresu uprawianej tematyki. Prof. Pokojski jest także autorem, współautorem i redaktorem łącznie 21 naukowych pozycji książkowych oraz skryptów. Prof. Pokojski pełnił szereg funkcji w Instytucie Podstaw Budowy Maszyn Politechniki Warszawskiej, obecnie jest wicedyrektorem Instytutu.

Od 1988 roku prof. Pokojski jest żonaty. Żona Antonia jest cudzoziemką poznaną w trakcie zagranicznego stażu kilka lat wcześniej. Mają córkę Weronikę.



Wspomnienia



  1. Jak wspomina Pan lata spędzone w naszej szkole? Czy jest jakieś szczególne wspomnienie, które głęboko zapadło w pamięć?

    Obecnie patrzę na lata spędzone w Liceum Ogólnokształcącym jako na ciąg bardzo nietypowych, ale zarazem miłych wydarzeń. Zacznę od swojej klasy. Była pierwszą o profilu matematyczno-fizycznym w tej szkole. Sposób selekcji, jaki zastosowano w doborze uczniów do tej klasy, był mało wyrafinowany. Osobom przyjętym bez egzaminu lub mającym bardzo dobry wynik egzaminu wstępnego, w trakcie ceremonii inauguracji roku szkolnego publicznie zadawano pytanie "czy chce znaleźć się w tej klasie". Skutek: nikt nie odmówił. W klasie znaleźli się więc uczniowie bardzo dobrzy i silnie zmotywowani, o szerokich zainteresowaniach pozanaukowych. Należeliśmy też do rocznika, który jako pierwszy odbył całą edukację w nowym budynku. Klasa zaskakiwała nie tylko nauczycieli, ale i samą siebie, lasem rąk zgłaszających chęć wypowiedzi czy też odpowiedzi. Używając dzisiejszego języka - kompetencje poszczególnych osób były ponadprzeciętne. Standardem dla wielu uczniów było uzupełnianie szkolnej wiedzy lekturą nadprogramowych książek.
    Bywały okresy, w których żaden uczeń w klasie nie miał oceny niedostatecznej na okres.
    Pewną rutyną były jakieś nowe sposoby rozwiązania zadań matematycznych, wykreowane przez kogoś w klasie i, co może zaskakujące dla profilu matematycznego, wyzwanie stanowiły też wypracowania z języka polskiego, które często stawały się popisami kreatywności.
    Z dzisiejszej perspektywy, widzę w tym wszystkim pasję, konsekwencję i systematyczność. Działaliśmy też sporo poza nauką. Gdy w pierwszej klasie byłem gospodarzem klasy, starsi koledzy wymyślili, że każda klasa ma przygotować "numer" na akademię z okazji Dnia Nauczyciela. W zakresie takich imprez uczniowie w tej szkole mieli dużo samodzielności. Zaproponowałem przygotowanie parodii programu telewizyjnego (pomysł zaczerpnięty skądinąd). I tak się stało - przygotowałem "Dziennik", Róża Woźniak "Tele-Echo", Agnieszka Sasin "Dobranockę", itd. Poszło bardzo dobrze. W konsekwencji przez następne pół roku wspólnie z Marianem Wasilewskim pisaliśmy do gazetki ściennej. Później prowadziliśmy zabawy szkolne, nagrywaliśmy programy do szkolnego radiowęzła, pisaliśmy skecze i części artystyczne (np. na Zjazd Absolwentów 1973, Studniówkę 1974, itd.). Wraz z Dorotą Mossakowską bywaliśmy konferansjerami na akademiach.
    W trzeciej klasie uczniowie z naszej klasy zdominowali samorząd kierowany przez Wandę Ślubowską - na chyba 11 "resortów", 9 obsadziła nasza klasa.
    Te, oraz wiele innych aktywności, były pretekstem do wspólnego spotykania się po lekcjach. Raz chodziło o wspólną naukę, w innym przypadku o słowo pisane na angielski, w jeszcze innym o jakiś rodzaj twórczości a czasem o to żeby po prostu pogadać.

  2. Czy pamięta Pan, z jakimi zamiarami, planami na przyszłość rozpoczynał Pan naukę w liceum? Czy znalazły one potwierdzenie w późniejszej drodze życiowej?

    Chciałem pójść na studia na politechnice, które miały być związane z projektowaniem samochodów. Fakt faktem ukończyłem takie studia, jednak w przemyśle samochodowym w kraju niewiele było wtedy tego "projektowania", więc skończyło się na próbie "przeczekania" na studiach doktoranckich. Sytuacja wciąż się nie zmieniała - z "przeczekania" wyszła praca naukowa, ale mająca silne samochodowe konteksty.

  3. Czy i w jakim stopniu nauka w naszej szkole wpłynęła na Pańskie sukcesy zawodowe, osobiste?

    Dzisiaj patrzę na okres liceum jako na coś bardzo harmonijnego, wszechstronnego i systematycznego. To był pewien styl pracy i bycia, który wpłynął na całe dalsze życie. Choć potem z tą systematycznością było na ogół gorzej.

  4. Czy któryś z dawnych nauczycieli szczególnie zapadł Panu w pamięć, Czy uznałby Pan któregoś z nich za swego mentora, mistrza?

    Naszym wychowawcą był Pan Telesfor Kocięcki, który uczył nas matematyki. Jego zajęcia były szalenie klarowne i czytelne. Pozwalały skutecznie uchwycić materiał już na zajęciach i powiązać z tym co było wcześniej. Dalej wszystko zależało od jakości pamięci słuchającego.
    Przez cały okres szkoły średniej, wspólnie z Darkiem Woźniakiem i Jankiem Krępeciem, dużo "projektowaliśmy". Dzisiaj nazwalibyśmy to projektowaniem wirtualnym. Przeważnie kończyło się na słowie, bo z tego co pamiętam to razem prawie nic nie zrobiliśmy, ale dyskusje były i druzgocące oceny też. Dużo zrozumienia dla czegoś takiego miał Pan Marian Brechelke - nauczyciel zajęć praktyczno-technicznych.
    Z Marianem Wasilewskim trochę współpracowaliśmy, trochę rywalizowaliśmy w tzw. słowie pisanym. Dużo wypracowań było okazją do popisu i wykazania się kreatywnością. Często konfrontowaliśmy z Marianem te nasze wypociny nieoficjalnie, jeszcze przed lekcjami. Pani J. Butkiewicz odnosiła się do efektów naszej działalności niezwykle pozytywnie.

  5. A co ze szkolnymi przyjaźniami ? Czy utrzymuje Pan kontakty ze znajomymi, przyjaciółmi ze szkoły?

    Tych szkolnych przyjaźni było relatywnie dużo. Głównie były to osoby z klasy, ale przez rozmach w naszym ogólnoszkolnym działaniu znałem też wiele osób z innych roczników i klas.
    Dużo koleżanek i kolegów z naszej klasy rozjechało się na studia do różnych miast, więc spotykaliśmy się w Szczytnie w trakcie ferii, wakacji, organizowaliśmy wspólne sylwestry, wspólne wyjazdy itp.
    Blanka Woźniak, Darek Woźniak, Dorota Mossakowska, Aldona Stanek, Janek Krępeć, Wanda Szymanowska, Marian Wasilewski, Jola Gajewska, Teresa Roman, Grzesiek Kowalski - z nimi w trakcie studiów widywałem się dość systematycznie. Później coraz rzadziej.
    Dzisiaj, od czasu do czasu, spotykam prof. Zbyszka Lozię, który też pracuje na Politechnice, na innym wydziale. Bezpośrednio po studiach często widywałem Iwonę Jurczenko - mieszkała po sąsiedzku.

  6. Jakie są Pana/Pani plany na przyszłość?

    Wiele razy zdarzało mi się, że po jakimś projekcie zawodowym, będącym wyzwaniem i wymagającym dużego wysiłku, myślałem i mówiłem "nigdy więcej". Tymczasem upływało trochę czasu, pojawiał się nowy pomysł, nowe plany, nowi współpracownicy i wszystko ruszało od początku, koło zaczynało się znów kręcić.
    Czy mam jakieś plany? Oczywiście, mnóstwo, ale za wcześnie chyba o tym mówić.